1 stycznia 2017 @21:06
Nie jestem najlepiej ubraną dziewczyną na roku. Właściwie to w ogóle nie ubieram się dobrze, a moja szafa cierpi na brak ubrań z najnowszych kolekcji. Gdybyście spotkali mnie na ulicy, nie zobaczylibyście we mnie Nieszafiarki. Nie widać po mnie, że interesuję się modą, ani że jestem interesująca. W 2017 roku, siedząc w moim ulubionym, za dużym, ażurowym swetrze, kupionym na wyprzedaży, zamierzam pokazać wam, że to nieprawda. Ponieważ myślę, że kiedy przeciętna dziewczyna bierze się za nieprzeciętne ciuchy, bloga i spełnianie trudnych do zrealizowania marzeń, może wyjść z tego coś fajnego. 



Zwłaszcza, że niektóre z nich już spełniła. W końcu jest Nieszafiarką. I gdyby miała wybierać, czy poczytać Vogue'a, czy wypić kawę z Costy, to na pewno czytałaby Vogue'a. W Coście.





7 lipca 2016 @21:29
Jest druga w nocy, a ja nie śpię, tylko rezygnuję z kogoś, kogo kocham. Czuję, że nie dotknie już ani razu, delikatnie, opuszkami swoich smukłych palców, moich nagich pleców. Nie da mi pstryczka w nos jak kiedyś, dawno temu, kiedy byłam złośliwą, małą zołzą i uwielbiałam się z nim droczyć. Nie pocałuje mnie w czoło, jak wtedy, gdy się o mnie troszczył. Ani nie muśnie ustami moich popękanych ust. Strasznie ostatnio cierpią. Chyba brakuje im jego pocałunków. To zupełnie tak jak mi.

Nie czekam na jego telefon, bo wiem, że nie zadzwoni wcześniej niż za rok (cicho podpowiada mi intuicja). Nie czekam na wiadomość z wyznaniem miłości, bo wiem, że żadnej miłości z nas już nie będzie. Nie czekam na żadne kocham cię z jego ust, bo wiem, że nie przejdzie mu ono przez usta. To zupełnie tak jak mi.

Jednak przyznam nieskromnie, że czuję, że musi mnie kochać. W każdym jego telefonie, z rodzaju tych ostatnich, słychać było miłość wpisaną na straty. Mówił, że mnie kocha, żeby po chwili stwierdzić, że jednak mnie nienawidzi. Że bardzo mu zależy, ale już mnie nie chce. To zupełnie tak jak mi - też samej siebie nie chcę.
Ale on wróci. Zawsze wraca. To zupełnie tak jak ja. Tylko tym razem nie chcę, żeby wracał. 
















25 kwietnia 2016 @10:47





Rogaliki na śniadanie z tobą jeść, wspólną szafę na ubranie z tobą mieć (...), mieć z tobą wspólny sufit, wspólny piec; czego więcej można chcieć?
Cezary Fabiński – Rogaliki na śniadanie 






Mam na blogu zapisanych kilka depresyjnych szkiców na czarną godzinę, w razie gdyby moje powody do smutku zniknęły. Miałam nadzieję, że opublikuję je, siedząc w jego łóżku, przykryta po uszy kołdrą, bo w koronkowej bieliźnie, zwłaszcza w kwietniu, mogłoby mi być bez niej nieco chłodno. On robiłby mi śniadanie, podczas gdy ja dzieliłabym się z wami moim szczęściem. Albo to ja robiłabym mu śniadanie. Nie wiecie, jak bardzo chciałabym to kiedyś zrobić. Smażyć mu jajecznicę ze szczypiorkiem i widzieć zaspany uśmiech na jego twarzy.

Kiedyś ktoś będzie go widywał codziennie, ale więcej niż możliwe, że nie będę to ja.


Ja jestem w nowym miejscu, rozpoczynam nowe życie i leżę na łóżku, które nie zna ciężaru jego ciała. Patrzę na sufit, którego nie poznały jego brązowe, nieufne oczy. Pościel, w której zmuszona jestem spać, nie przeszła zapachem jego perfum. I już raczej nigdy nie będzie nim pachnieć. Bo miałam mieć dzisiaj swoje szczęście, być u niego, a jutro robić mu śniadanie. Ale mnie nie ma. 

Znaczy jestem, tylko, że nie z nim.


















30 marca 2016 @07:50
Miałam pić dzisiaj za beznadziejnych facetów, żeby przestali być beznadziejni, ale stwierdziłam, że szkoda życia na bezuczuciowych mężczyzn i marne wino. Kiedy jednak stoi ono tuż przede mną, to żal się nie skusić. Dlatego Wasze zdrowie.



Chciałam napisać, że ostatnio zdecydowanie zbyt często wyjmuję korkociąg z kuchennej szuflady, ale to nieprawda - ostatnio nawet go do niej nie odkładam. Muszę jeszcze zainwestować w odpowiedni kieliszek - taki, który pomieści zawartość litrowej butelki - i lustro, żeby nie pić w samotności. Jeden dziennie to przecież nie przestępstwo, a do swojego zapłakanego odbicia pije się najmilej. Kiedy myślisz, że Twój brzuch nie pomieści już ani jednego łyka więcej, patrzysz jak nisko upadłaś i od razu wiesz, że nie doceniałaś jego pojemności. 

Upadasz jeszcze niżej.

Zalewanie problemów alkoholem to słaby sposób na radzenie sobie z nimi. Zwłaszcza, że zazwyczaj potrafią świetnie pływać, nieważne po jak dobre wino sięgniesz. Właściwie to ja nawet nie lubię alkoholu. Słodkie, półsłodkie, wytrawne, wszystkie można podsumować w trzech słowach - okropne w smaku. Ale za to lubię to, że ten beznadziejny facet po wypitej przeze mnie butelce wina, o której przypadkiem się dowiaduje, dzwoni do mnie i pyta co się stało, że zaczęłam tak pić. Oczywiście nie powiem mu, że on. Aż tak pijana nigdy nie bywam. 

Pyta mnie co by się stało, gdyby wsiadł w taksówkę, przyjechał do mnie i pocałował. Odpowiadam, że nie wiem, chociaż wiem. Przestałabym spędzać noce przy butelce, a zaczęła z nim. Ale nie przyjeżdża.

Może jeszcze kiedyś stęskni się za mną wystarczająco mocno, żeby zadzwonić z samego rana i powiedzieć mi dzień dobry, wytrzeźwiałaś? Na razie otwieram kolejną butelkę wina i wpadam w chłodne objęcia alkoholizmu, skoro to jedyne, jakie mi zostały.

 






21 marca 2016 @00:42
Jestem niczym bohaterki każdego z moich opowiadań schowanych na dnie szuflady, pod stosem nic nieznaczących kartek i bazgrołów. Ukryte przed całym światem mogą być moim odzwierciedleniem. Lub moich marzeń o mnie.

Zwykle są o niebo piękniejsze ode mnie, mają niebanalną urodę, oczy o jakich marzę i idealne loki, których nigdy nie nauczę się układać, a poza tym - coś czego mi brakuje - wianuszek mężczyzn wokół siebie. Nieustannie walczą oni o ich względy, przynoszą kwiaty (bukiety róż, jak to w basic stories bywa; ps. gdyby ktoś chciał mi wysłać kwiaty: w prawdziwym życiu preferuję niezapominajki), zapraszają na randki, na których mają zajadać się sushi. (Tak naprawdę nie na wi dzę sushi, ale to nie szkodzi, bo do tych uroczych spotkań nawet w moich opowiadaniach nigdy nie dochodzi.)

Kiedy bohaterki moich historii, typowe zakompleksione, szare mysze, zauważają, że wpadły komuś w oko, w jego mgnieniu zamieniają się w kobiety fatalne. Uwodzą i zwodzą, bawią w kotka i myszkę, ale w tej zabawie to myszka zjada kotka.

Wchodzą na głowę i siedzą w głowie. Są irytujące, opryskliwe, wredne, marudne, podłe, złośliwe i przesiąknięte złem do szpiku kości, a gdy w setnym rozdziale pojawia się wreszcie mężczyzna ich marzeń, jeśli to w ogóle możliwe, robią się jeszcze gorsze. 

To zupełnie jak ja. Odpycham od siebie ludzi, których kocham. Nie potrafię być dla nich miła, napisać smsa z pytaniem jak mija dzień, chociaż nic na świecie nie interesuje mnie bardziej, powiedzieć kocham cię bez zająknięcia. Odstraszyłam już chyba wszystkich i nieszczęśliwa czekam, aż miłość przyjdzie do mnie na palcach, nie pokaże od razu swojego zainteresowania, żebym mogła poumierać o nią ze strachu i wytrzyma wszystkie moje fochy. Na pewno nie będę o nią walczyć, bo nie mam w sobie odwagi.

Moje bohaterki mają. W pewnym momencie uzmysławiają sobie, że chcą być kochane i walczą, ale nie wiem jeszcze z jakim skutkiem, bo wszystkie opowiadania pozostawiam niedokończone. Boję się, że nie będzie happy endu. Że sama sobie go nie napiszę. W końcu szczęśliwe zakończenie to nie jest coś, na co zasługują czarownice i wstrętne wiedźmy. To nie coś, na co zasługuję.